Czym się różnią fefernuski kociewskie od makiełek, komu prezenty przynosi Gwiazdor i Dziadek Mróz, a gdzie można spotkać rogatego turonia i zobaczyć najpiękniejsze bożonarodzeniowe szopki? Każdy region Polski posiada fascynujące tradycje świąteczne, które – jeszcze przed rozbłyskiem pierwszej Gwiazdki – specjalnie dla Was przywołujemy i opisujemy! Te Święta będą inne niż wszystkie, przyprawmy je odrobiną magii.

Nie tylko karp i uszka

Wigilijny stół może być źródłem licznych kulinarnych niespodzianek. Niejeden warszawiak otworzy zapewne szeroko oczy na widok śląskiej moczki, czyli gęstej zupy na bazie piernika i bakalii, które tradycyjnie były moczone (stąd nazwa) w ciemnym piwie lub rosole na łbach karpi. Brzmi frapująco? W krainie sztygarów przysmak ten jest równie popularny, co barszcz z uszkami w innych regionach. W Wielkopolsce nie sposób wyobrazić sobie Wigilii bez makiełek. To kawałki bułki namoczonych w mleku z dodatkiem maku, miodu i rodzynek. Te zaś kompletnie nieznane są na Podlasiu i na Mazurach, gdzie króluje kutia – tradycyjna potrawa z gotowanej pszenicy lub kaszy jęczmiennej oraz maku, słodu, miodu i bakalii.

Poszukiwacze oryginalnych bożonarodzeniowych smaków powinni też koniecznie udać się w okolice Tczewa, Starogardu Gdańskiego i Gniewa. Tamtejsze ciasteczka piernikowe zwane fefernuskami kociewskimi to przysmak, którego nie znajdziemy nigdzie indziej w Polsce. Są wreszcie regiony, w których pewnych klasycznych wigilijnych potraw z założenia się… unika. Najlepszy przykład to Podhale, gdzie nie jadało się zwykle karpia ani innych ryb. Bo górale wszystko, co żyje w wodzie nazywali gadami, a przecież „gadów we wiliom i świynta zryć się nie godziło”.

Czy są tu grzeczne dzieci?

Święta bez prezentów są jak zima bez śniegu albo choinka bez bombek. Okazuje się jednak, że znany na całym świecie sympatyczny staruszek z białą brodą i w czerwonej czapie, który objeżdża kulę ziemską na latających saniach zaprzężonych w renifery, wcale nie posiada monopolu na dostarczanie podarków pod polskie strzechy. Głównym rywalem św. Mikołaja jest wielkopolski Gwiazdor – według przeprowadzonego niedawno sondażu palmę pierwszeństwa przyznaje mu ok. 13% Polaków. Jego osoba nie ma jednak nic wspólnego z Justinem Bieberem. To postać wywodząca się z tradycji wiejskiego kolędowania – i wcale nie taka sympatyczna jak poczciwy Mikołaj.

Według dawnych wierzeń Gwiazdor (nazywany tak z racji wielkiej gwiazdy, z którą chodził po domach) miał twarz umazaną sadzą, odziany był w szorstką baranicę i zawsze miał pod ręką rózgę. Odpytywał dzieciaki z pacierza i lustrował ich dobre uczynki. Jeśli były pojętne i grzeczne, dostawały prezent. Jeśli nie – lanie. Trudno się zatem dziwić, że większość nieletnich raczej się go bała. Ale Mikołaj i Gwiazdor wcale nie zamykają stawki. Na Śląsku wciąż wierzy się, że prezenty przynosi Dzieciątko Jezus. Na terenach dawnej Galicji funkcję tę pełni Aniołek, zaś na Podlasiu wciąż można usłyszeć o Dziadku Mrozie – choć to podobno wytwór minionego systemu.

Oko w oko z turoniem

Rogata maszkara z kłapiąca paszczą i rozbieganymi ślepiami budziła postrach na polskich wsiach już wiele setek lat temu. Wpadała znienacka do chaty, brykała, figlowała, dzwoniła dzwonkiem, ganiała krzyczące dzieci, aż wreszcie padała na ziemię i trzeba było ją ożywiać, wlewając wódkę w czarną gardziel. Turoń – bo o nim mowa – to najbardziej charakterystyczny członek grupy kolędników, szczególnie popularny w południowych częściach kraju, głównie w Małopolsce. Choć do najpiękniejszych nie należy (osoba odgrywająca jego rolę musiała chodzić zgięta w pół i przykryta kocem), zgodnie z dawnymi wierzeniami przynosi szczęście i dobrobyt gdziekolwiek się pojawia. A jeśli ominie jakieś domostwo, to bardzo zły znak.

Dziś zwyczaj kolędowania stopniowo zanika (a w niektórych regionach – jak np. na Górnym Śląsku – w ogóle nie występuje), dlatego tym bardziej warto wybrać się na poszukiwanie turonia i jego kompanów, do których należą m.in. bocian na Kaszubach, koza na Kujawach czy niedźwiedź na Śląsku Opolskim. Trzeba tylko pamiętać, żeby mieć czym obłaskawić kolędnicze maszkary – bez drobnych smakołyków albo flaszki wódki w kieszeni lepiej im się nie pokazywać.

Łańcuch wokół stołu

Znawcy tematu powiadają, że wigilijna noc to najbardziej magiczny czas w roku – w końcu nawet pierwszy lepszy Pikuś potrafi wtedy ponoć mówić ludzkim głosem. Warto zatem wiedzieć, jak ten czarodziejski potencjał wykorzystać na swoją korzyść. Można wziąć przykład z górali z Beskidu Żywieckiego, którzy opasywali stół żelaznym łańcuchem i następnie stawiali na nim nogi, a obok kładli siekierę. Dzięki temu mieli być w nadchodzącym roku twardzi niczym żelazo.

W innych regionach kraju (jak np. na Śląsku) popularne jest wkładanie pod biały obrus nie tylko siana, ale również monet. Warto również zawczasu zaopatrzyć się w łuski wigilijnego karpia i potem przez cały rok nosić je w portfelu. Najbardziej niezwykłym zwyczajem jest jednak… kradzież. Otóż wigilia to jedyny dzień, kiedy można bezkarnie podwędzić coś bratu albo sąsiadowi. Podobno ma to przynieść szczęście w interesach. Nie można jednak dać się złapać, a gdy święta miną, przywłaszczony w ten sposób drobiazg trzeba oddać prawowitemu właścicielowi.

Krakowskie szopki i czosnkowe bombki

Choć wszyscy uwielbiamy ubierać choinkę, świąteczne drzewko nie jest jedyną ozdobą, którą przystraja się wnętrza w naszym kraju. Doskonałym przykładem konkurencyjnej tradycji jest góralska połaźnica, czyli czubek świerku albo jodły, który wieszało się nad stołem i ozdabiało orzechami, łańcuchami ze słomy oraz… główkami czosnku. Z kolei w Krakowie nieodłącznym elementem bożonarodzeniowego pejzażu są tutejsze szopki. Imponujące, bogato zdobione konstrukcje od 1937 r. rywalizują w specjalnym konkursie, który zgodnie z wieloletnim zwyczajem odbywa się u stóp pomnika Adama Mickiewicza. Następnie szopkarze przechodzą przez miasto w uroczystym pochodzie… Ich prace można do połowy lutego oglądać w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa. Tutaj również znajduje się największa na świecie kolekcja szopek.

Komentowanie zostało wyłączone.